Kiedy przed wywiadem próbowałam dowiedzieć się więcej o ich karierach sportowych, opadła mi szczęka z podziwu. Moje wrażenia można by podsumować następująco: Josef i Martina Ptáčkowie – rodzeństwo, u którego stóp leży świat sportów walki.
Oboje macie już na koncie całkiem sporo sukcesów, i to w kilku dyscyplinach. Które cenicie sobie najbardziej?
J: Z każdego zwycięstwa bardzo się cieszę i doceniam wszystkie osiągnięte sukcesy. Nie jestem typem człowieka, który bez przerwy szukałby turniejów, za samymi zawodami aż tak bardzo nie przepadam. Wolę trenowanie – zarówno własne, jak i innych osób. Bardzo lubię uczyć się nowych rzeczy, chętnie próbuję różnych technik i dyscyplin sportowych. Należę do nielicznego grona zawodników potrafiących startować w różnych dyscyplinach sportów walki. Medale zdobyłem w brazylijskim jiu-jitsu, MMA, kickboxingu, Hand to Hand. Do moich największych sukcesów należy zdobycie tytułu trzykrotnego wicemistrza świata w grapplingu czy wicemistrza Europy w fightingu. A teraz zdobyłem też 1. miejsce w SUMO i 3. miejsce w judo.
M: Każde zwycięstwo przynosi mi radość i motywuje mnie. Jednak bardziej niż zawodom wolę poświęcać czas dzieciom i dorosłym w każdym wieku. Organizuję dla nich różne wydarzenia, warsztaty czy spotkania. To mnie naprawdę spełnia. Na zawody jeżdżę częściej za granicę i wybieram te ważne imprezy. Podobnie jak brat jestem w stanie startować w różnych sportach walki. Ostatnio wygrałam turniej w SUMO. Najbardziej jednak lubię boks i kickboxing, w których odnoszę największe sukcesy. Najbardziej cenię sobie zdobycie czterech tytułów mistrzyni świata w kickboxingu, a jednocześnie posiadam pas Pucharu Świata. Ale pozostałe zwycięstwa też mają dla mnie wielką wartość.
Jak trafiliście do sztuk walki? Czy rodzice zachęcali was do sportu?
J: Do uprawiania sportu zachęcali nas rodzice, a to, że zacząłem trenować sporty walki, było też zasługą Martiny, która już się nimi zajmowała. Dobrze pamiętam, jak po powrocie z treningu wypróbowywała różne techniki właśnie na mnie. Żeby przetrwać, musiałem też zacząć trenować. Potem naprawdę mnie to wciągnęło i zacząłem porządnie nad sobą pracować.
M: Do sportu ogólnie zachęcili mnie rodzice. Sporty walki zaczęłam uprawiać już od pierwszej klasy za namową taty, który został również moim pierwszym trenerem i współpracujemy ze sobą (obecnie także z bratem) do dziś. Początkowo nikt nie zakładał, że kiedykolwiek będę startować w tej dyscyplinie w zawodach. Główną myślą i celem było to, abym potrafiła skutecznie obronić się przed ewentualną przemocą, nękaniem itp.
Czy istnieje między wami rywalizacja rodzeństwa, czy raczej gracie do jednej bramki, motywujecie się i wspieracie?
J: Rywalizacji między mną a Martiną nie ma. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi i świetnie się uzupełniamy. Jeśli jednemu coś się uda, drugi bardzo się z tego cieszy. W ogóle sobie nie zazdrościmy. Motywujemy się nawzajem.
M: Rywalizacja rodzeństwa u nas w ogóle nie istnieje. Z bratem jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi, zawsze gramy do jednej bramki i staramy się sobie wzajemnie pomagać. Każde z nas wyróżnia się w czymś innym, a kiedy to połączymy, jesteśmy nie do pokonania…
Uprawianie sportu na takim poziomie wiąże się też z koniecznością ograniczenia wielu aktywności w czasie wolnym, którym oddają się rówieśnicy. Czy mieliście kiedyś problem z odnalezieniem się w grupie? Przychodzą wam na myśl jakieś inne minusy lub coś, co sport wam raczej odebrał, niż dał?
J: Lubię sport, ale spędzanie całego czasu na sali gimnastycznej to zdecydowanie nie moja bajka. Oprócz sportów walki chętnie jeżdżę na rowerze lub chodzę na piesze wędrówki. Razem z Martiną chętnie bierzemy udział w różnych biegach, najlepiej tych ekstremalnych. W szkole – uczę się w Średniej Szkole Zawodowej Administracji Unii Europejskiej o profilu prawniczym – nie mam żadnego indywidualnego toku nauczania. W tej samej szkole uczyła się też moja siostra i jestem tam bardzo zadowolony. Nie widzę w sporcie żadnych minusów, wręcz przeciwnie – bardzo mnie wzbogacił. Z odnalezieniem się wśród ludzi nie mam problemu, ale niektórych problemów czy aktywności moich rówieśników zbytnio nie rozumiem i w ogóle mnie nie interesują.
M: Sport zdecydowanie nie jest jedyną rzeczą, którą się zajmuję. Nie należę do osób, które spędzają cały czas na sali gimnastycznej, uderzając w worek bokserski. Nigdy bym do tego nie dopuściła. Łączę sport bez problemu ze studiami na uniwersytecie i pracą. Poza tym angażuję się w najróżniejsze aktywności. Mam własną kolekcję torebek i biżuterii, które projektuję. Chętnie podróżuję i uczę się języków obcych. Dzięki sportowi z pewnością więcej zyskałam, niż straciłam. Z odnalezieniem się w grupie nie mam problemu, ale wiele zależy od ludzi. Problemy moich rówieśników czasami wydawały mi się i nadal wydają dziecinne.
Co sądzicie o tym, że aktywnego ruchu w życiu (nie tylko) młodych ludzi dziś wyraźnie ubywa? Co chcielibyście im przekazać?
J: Sport powoli, ale nieubłaganie znika z życia ludzi. Rodzice najczęściej dają zły przykład swoim dzieciom. Ruch powinien stać się codzienną radością i przynosić satysfakcję.
M: Zgadza się. Rodzice nie zachęcają dzieci do ruchu, większość czasu spędzają osobno, a potem poświęcają się aktywnościom, które z ruchem nie mają nic wspólnego. W końcu kto chciałby dobrowolnie się męczyć, skoro może poleżeć. Każdy powinien jednak zdać sobie sprawę, że robi to wyłącznie dla siebie.
Walki, treningi czy zgrupowania wymagają też wielu podróży – to dla was pasja czy uciążliwa konieczność?
J: Podróżowanie jest po prostu super. Dzięki sportowi docieram w różne miejsca i poznaję nowych ludzi. Podróżuję chętnie i często, i to nie tylko ze względu na sport. Podróżowanie to hobby całej naszej rodziny. Jedyne, za czym nie przepadam, to przemieszczanie się w zatłoczonych środkach transportu.
M: Moje aktywności, i to nie tylko sportowe, wymagają wielu podróży. Jeśli chodzi o podróżowanie np. transportem publicznym, jest to dla mnie konieczność, ale wyjazdy w różne zakątki Czech czy za granicę to zdecydowanie przyjemność. Podróżowanie jest bowiem moim hobby. Chętnie poznaję nowych ludzi oraz miejsca, a kiedy mam wolne, to już w ogóle rewelacja.
Gdzie wam się dotychczas najbardziej podobało?
J: Jest wiele miejsc, które lubię, i nie muszą znajdować się poza granicami naszego pięknego kraju. Jeśli jednak mam wybrać tylko jedno miejsce, z pewnością byłoby to Monako, do którego regularnie jeździmy z siostrą. Spędzaliśmy tam nawet powitanie Nowego Roku.
M: Zwiedziłam naprawdę wiele i wierzę, że to nie koniec moich podróży. Chętnie podróżuję po Czechach i za granicą. Jak dotąd najpiękniejszym miejscem było dla mnie Monako, które odwiedziłam już kilkakrotnie.
W podróżach towarzyszy wam plecak podręczny CabinZero, a od niedawna także plecak Woxkon od młodych czeskich twórców. Jak sprawdziły się w praktyce?
J+M: Można by powiedzieć, że bez nich ani rusz! Plecak kabinowy tzw. uratował nam życie już kilka razy. Właściwie zawsze, kiedy podróżujemy samolotem. Plecak ma oczywiście dozwolone wymiary i można do niego upakować niesamowicie dużo rzeczy. Używamy go jednak także w innych środkach transportu. Dobrze wygląda i jest naprawdę funkcjonalny. Wykorzystujemy go również w drodze na nasze treningi, ale ponieważ mamy tylko jeden, a na dalekie trasy jest naszym pierwszym wyborem, pilnujemy, by go niepotrzebnie nie uszkodzić. Ostatnio był z nami na Festiwalu Olimpijskim.
Drugi plecak Woxkon mamy krócej, ale zdążył już odwiedzić z nami Czeskie Radio, plan zdjęciowy Telewizji Czeskiej, ambasadę rosyjską i inne miejsca. Ma ładny wygląd i naprawdę przypadł nam do gustu. W podróży wykorzystujemy go zwłaszcza na dokumenty i mniejsze gabarytowo rzeczy, choć mieści się w nim naprawdę wiele. (Z plecaka korzysta głównie Pepa, bo niezbyt chętnie mi go pożycza. Ale moje rzeczy też się tam mieszczą i to jest najważniejsze – dodaje Martina). Woxkon wykorzystujemy nie tylko podczas dalekich wyjazdów, lecz także przy dojazdach na różne warsztaty, wywiady czy nagrania. Oba plecaki sprawdzają się zarówno w celach sportowych, jak i na co dzień.
Co was czeka w najbliższym czasie (w sporcie lub ogólnie) i na co najbardziej czekacie?
J + M: Planów i pomysłów mamy naprawdę dużo, brakuje tylko trochę czasu.
J: W najbliższym czasie wybieram się na międzynarodowe zawody w brazylijskim jiu-jitsu, potem czekają mnie mistrzostwa Czech w fightingu i tak dalej. Nie zapomnę też o zawodach biegowych czy marszu Praga–Prčice. W maju ruszamy z Martiną do Rumunii, gdzie będziemy uczyć naszych sportów walki. Poza sportem czeka mnie na przykład praktyka prawnicza. A na co jeszcze czekam? Na wizytę w Brukseli, dokąd znowu pojedziemy trenować.
M: Wkrótce wybieram się na zawody do Niemiec, potem czeka mnie obrona pasa mistrzyni świata w kickboxingu. Kolejne zawody odbędą się w Rosji. Poza sportem czeka nas nagranie programu telewizyjnego z Heidi Janků, kilka wywiadów w Czeskim Radiu i wiele innych.
Czy macie motto, które napędza was do działania?
J: Nie mam żadnego motta. Kieruję się własnymi odczuciami.
M: Nasz los nie leży w gwiazdach, lecz w nas samych.
Dziękuję za poświęcony czas i życzę wielu kolejnych sukcesów oraz radości z tego, co robicie!
Zdjęcie tytułowe: Daniel Vojtěch; pozostałe zdjęcia: Archiwum rodzeństwa Ptáčków